Informacje prasowe

GP/BIZNES

Główny atrybut banków to reputacja i zaufanie

Nov 18 2019
<![CDATA[

W przeciwieństwie do wielu innych kongresów gospodarczych, OEES zajmuje się przede wszystkim niematerialną warstwą biznesu – jego społeczną odpowiedzialnością, wartościami, którymi się kieruje, i budowaniem zaufania między uczestnikami obrotu gospodarczego.W tym roku jednym z najważniejszych wątków dyskusji odbywających się w Centrum Kongresowym ICE Kraków 19 i 20 listopada będzie rola sektora finansowego. Zdaniem organizatorów tworzą go bowiem nie tylko wskaźniki ekonomiczne, ale też czynniki niematerialne, relacje oparte na wiarygodności i trosce o dobro wspólne. Jak podkreślają zaproszeni goście, najważniejsze jest spełnianie najwyższych standardów postępowania względem klientów oraz zadbanie o bezpieczeństwo powierzonych pieniędzy. – Wartość w sektorze bankowym to przede wszystkim zaufanie. Bank oparty na wartościach dba o uczciwe relacje z klientami i działa w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju w istotnych dla społeczeństwa i gospodarki obszarach. Dotyczy to nie tylko samego biznesu, ale również pracowników, ich rodzin, społeczności lokalnych, z którymi współpracujemy, oraz środowiska naturalnego, z którego korzystamy i którego częścią jesteśmy. W ING Banku Śląskim działamy zgodnie z naszymi wartościami – jesteśmy uczciwi, odpowiedzialni, rozważni i kierujemy się zdrowym rozsądkiem. Wartości te stosujemy zarówno wobec siebie, jak i otoczenia – mówi Joanna Erdman, wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego. – W sektorze bankowym nadrzędną wartością jest i zawsze będzie bezpieczeństwo. Banki nie mogłyby istnieć bez wiarygodności. W dobie open bankingu i rosnącej roli fintechów to właśnie reputacja oraz zaufanie klientów stanowią główny atrybut – wskazuje Michał Siwek, dyrektor departamentu Food & Agri International Hub w BNP Paribas.Podczas kongresu odbędą się dyskusje o tym, jak budować wiarygodność sektora. W debacie zatytułowanej „Czy kryzys 2008 roku nauczył czegoś ekonomistów?” eksperci będą zastanawiać się nad tym, jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z poprzedniego spowolnienia gospodarczego. Ważną częścią rozmów będzie też to, jak sektor finansowy może popularyzować pozytywne trendy społeczne. Dlatego bankowcy wezmą udział w rozmowach poświęconych propagowaniu oszczędzania emerytalnego czy tematom pozornie niezwiązanym z bankowością, np. aspektom walki z globalnym ociepleniem. – Powszechna rola instytucji finansowych oraz skala działania sprawiają, że banki mają naturalny potencjał do tego, by promować społeczne zmiany. Przykładem może być wspieranie postaw przyjaznych środowisku, np. odchodzenie od finansowania węgla na rzecz odnawialnych źródeł energii czy też wspieranie zrównoważonej produkcji żywności. Natomiast potencjał technologiczny banków i masowy dostęp do usług bankowych sprawiają, że właśnie nasz sektor ma ogromny wpływ na rozwój e-społeczeństwa. Bezpieczna infrastruktura i odpowiedzialność przyspieszają cyfryzację – ocenia Michał Siwek.Tegoroczny kongres, choć przede wszystkim uwzględnia polską specyfikę, będzie też okazją do wymiany doświadczeń z przedstawicielami zagranicznych instytucji finansowych. Swój udział zapowiedzieli m.in. Jens Ulbrich, dyrektor generalny w Niemieckim Banku Federalnym, czy Winston Yu, reprezentujący Bank Światowy. ©℗GRK

]]

Lit elementem politycznej układanki. Czy interesy korporacji przemysłowych były motorem zmian w Boliwii?

Nov 18 2019
<![CDATA[

Polityczne przetasowania w Boliwii mogą oznaczać zmianę światowego układu sił w dostępie do jednego z najbardziej strategicznych surowców XXI w. – litu.

Przede wszystkim mogą przyczynić się do uwolnienia największych złóż kluczowego zasobu e-rewolucji oraz dać firmom z Unii Europejskiej i USA szansę na rywalizację na tym polu z Chinami. Obecnie Pekin ma de facto monopol w produkcji ogniw litowo-jonowych, które stanowią technologiczną podstawę m.in. elektrycznych samochodów. Wydawało się, że chińskie firmy uzyskają uprzywilejowany dostęp także do boliwijskiego surowca. Ustąpienie prezydenta Evo Moralesa może jednak poprawić pozycję przedsiębiorstw z krajów zachodnich

Lit to kluczowy komponent baterii i akumulatorów litowo-jonowych, wykorzystywanych w telefonach komórkowych, laptopach czy samochodach elektrycznych. Ma też zastosowanie m.in. w przemyśle lotniczym i farmaceutycznym, w produkcji szkła i ceramiki. To najlżejszy znany metal, a jednocześnie pierwiastek o najwyższym potencjale elektrochemicznym, co oznacza, że świetnie nadaje się do magazynowania dużych ilości energii.

– W kontekście zmian klimatycznych i poszukiwania technologii przyjaznych środowisku, tendencji do miniaturyzacji i podnoszenia wydajności wszelkiego rodzaju urządzeń jest prawdopodobne, że lit będzie zyskiwał kolejne zastosowania. Zapotrzebowanie na niego będzie bardzo dynamicznie rosnąć – mówi DGP Justyna Tomala z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Rosną także ceny surowca. Jak wskazuje Tomala, oscylowały one w zeszłym roku w okolicy 16 tys. dol. za tonę wobec wobec 5 tys. dol. na początku obecnej dekady.

Według firmy badawczej Bloomberg New Energy Finance absolutnym hegemonem w dziedzinie produkcji ogniw litowo-jonowych są dziś Chiny, które posiadają aż 73 proc. globalnych mocy produkcyjnych. Drugie w rankingu Stany Zjednoczone – zaledwie 12 proc., a według prognoz udział ten może się jeszcze bardziej skurczyć. W sierpniu amerykański „Forbes” pisał, że producenci baterii z tego kraju zmuszeni są importować ogniwa z Chin.

„Obecne tendencje wskazują, że akumulatory litowo-jonowe w coraz większym stopniu zastępować będą te kwasowo-ołowiowe w sektorach transportu i ciężkiego sprzętu. To kluczowa zmiana w świecie zmagającym się z rekordowymi emisjami dwutlenku węgla. Czy wobec tak znacznych przewag zarówno w sferze kosztów produkcji, jak i dostępności surowca Stany Zjednoczone są w stanie konkurować z Chinami na światowym rynku?

(…) USA potrzebują skutecznej strategii, aby uniknąć odstąpienia Chinom kolejnej już szansy związanej z czystą energią” – pisał dwutygodnik.

Ale przewaga Chin nie sprowadza się do konkurencyjnego przemysłu. Tamtejsze firmy dysponują też znacznie większymi rezerwami surowca. Jak podaje „Forbes”, w 2018 r. Chiny wyprodukowały 8 tys. ton litu, 10 razy więcej niż USA. Łącznie chińskie rezerwy surowca szacuje się na milion ton, 30-krotnie więcej niż amerykańskie.

Ale to w Boliwii znajdują się największe na świecie złoża litu. Według szacunków Amerykańskiego Towarzystwa Geologicznego stanowią ok. jednej trzeciej światowych zasobów surowca. Za rządów Evo Moralesa, który z ostrożnością podchodził do zagranicznych koncernów, Boliwia nie prowadziła jednak wydobycia na znaczącą skalę. Dopiero pod koniec 2018 r., po długich negocjacjach, podpisała pierwszą umowę (o wartości ponad miliarda euro) dotyczącą wykorzystania złóż litu z niemiecką firmą ACI Systems, która współpracuje z amerykańską Teslą. Kilka miesięcy później domknięto kolejny projekt, tym razem boliwijsko-chiński, o wartości ok. 2,3 mld dol. 51 proc. udziałów w obu przedsięwzięciach – zgodnie z wymogiem boliwijskiej konstytucji – otrzymał tamtejszy państwowy koncern YLB.

Na początku listopada będący już w poważnych politycznych opałach Morales ustąpił wobec protestów lokalnych społeczności, które domagały się większych korzyści gospodarczych dla regionu, i wycofał się z niemieckiego projektu. Nieco ponad tydzień później podał się do dymisji.

Po odsunięciu Moralesa od władzy wzrosły notowania giełdowe Tesli. Co prawda niemieckiemu inwestorowi zarzucano niewystarczające przygotowanie kapitałowe i niedostateczne doświadczenie, by realizować tak ogromny projekt, a przyczyn wzrostu wartości akcji Tesli można szukać też choćby w przedstawionych parę tygodni wcześniej wynikach finansowych firmy, jednak zbieżności te wywołały, szczególnie wśród lewicowych komentatorów, podejrzenia, że to właśnie interesy przemysłu opartego na licie mogły być motorem zmian w Boliwii.

W rzeczywistości przyczyny, które ostatecznie zmusiły Moralesa do ustąpienia, są znacznie bardziej złożone. Dość wspomnieć, że rozpoczął on czwartą kadencję rządów, mimo że konstytucja Boliwii przewiduje limit dwóch kadencji, propozycja zmiany tych zapisów została odrzucona w referendum, a prezydent w ostatnim czasie tracił część poparcia nawet w swoich „żelaznych” przyczółkach. Rozmówcy DGP są zgodni, że dotychczasowa opozycja może dokonać zmian w polityce dotyczącej surowców.

– Podejrzewam, że do wyborów nie będzie tu gwałtownych zwrotów, bo ugrupowania dotychczasowej opozycji muszą być bardzo ostrożne, żeby nie zniechęcić potencjalnych wyborców. Ale na dłuższą metę amerykańskie firmy, które nie były w Boliwii mile widziane za prezydentury Moralesa, mogą wejść do gry o surowce – mówi dr Radosław Powęska, latynoamerykanista specjalizujący się w sprawach boliwijskich.

Zastrzega, że w wewnętrznej debacie w Boliwii nie ma o tym mowy. – Nikt tu nie twierdzi, jak część komentatorów zewnętrznych, że ustąpienie Moralesa to spisek mający na celu przejęcie tych zasobów. Nie ma też mowy o znaczeniu złóż litu w kontekście układu sił globalnych. Ale uważam, że nie można o tym zapominać, bo zjawiska globalne, takie jak konflikt amerykańsko-chiński, zawsze są istotnym czynnikiem politycznym. Wątpię, żeby zmiana władzy w La Paz miała bezpośredni związek z rywalizacją o dostęp do litu, to nie jest takie proste, ale kwestie te są elementem szerszej geopolitycznej układanki. Z całą pewnością mocarstwa starają się zagwarantować sobie jak największe wpływy w regionie, choćby po to, żeby nie uzyskał ich konkurent – mówi ekspert.

Z poglądem, że nowe władze mogą przychylniejszym okiem patrzeć na związane z litem plany firm amerykańskich czy europejskich, zgadza się Justyna Tomala. Ekspertka ocenia również, że dostęp do boliwijskich złóż jest strategicznie bardzo istotny.

– W perspektywie kilkuletniej Boliwia ma szansę stać się jednym z kilku największych dostawców litu w skali światowej. To gigantyczna szansa nie tylko dla Boliwii, lecz także dla tych państw i koncernów, z którymi będzie ona współpracować w zakresie wydobycia i przetwarzania surowca – przekonuje.

Tomala dodaje, że rozpoczęcie eksploatacji tak wielkich złóż litu, jak te boliwijskie, przyczyni się do spadku cen surowca na globalnych rynkach.

– W horyzoncie kilku lat wątpię, żeby było możliwe podważenie dominującej pozycji Chin na światowym rynku przetwórczym, ale dostęp do dużych złóż daje konkurentom Pekinu szansę na zbudowanie pewnego przyczółka niezależności w zakresie kluczowego surowca e-przemysłu – wskazuje.

]]

Szybki inwestor płaci podwójnie

Nov 18 2019
<![CDATA[

Po fali upadłości firm budowlanych z 2012 r., która postawiła pod ścianą także wielu podwykonawców pozbawionych zapłaty, do przepisów ustawy – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1843, dalej jako: p.z.p.) wprowadzono specjalne regulacje. Z jednej strony miały one zabezpieczyć interesy podwykonawców – mniejszych, często krajowych firm, którym należy się specjalna ochrona. Z drugiej strony ich celem było także umocnienie pozycji inwestora, tak by miał większą kontrolę nad tym, kto i na jakich zasadach uczestniczy w realizacji inwestycji. Dlatego też zgodnie z art. 143b p.z.p. generalny wykonawca jest zobowiązany przedłożyć na piśmie projekt umowy z podwykonawcami, wobec którego zamawiający może zgłosić zastrzeżenia. Z kolei art. 143c nakazuje zamawiającemu dokonać bezpośredniej płatności na rzecz podwykonawców, którzy nie otrzymali na czas wynagrodzenia od generalnego wykonawcy. Następnie kwota ta jest odliczana od tego, co należy się wykonawcy.

Choć przepisy te wciąż budzą wątpliwości interpretacyjne, są standardowo uwzględniane w umowach o zamówienia publiczne. Stosowne postanowienia znalazły się również w kontrakcie na remont dachu budynku należącego do podmiotu Skarbu Państwa. Na ich podstawie podwykonawca zwrócił się o zapłatę wprost do zamawiającego. A ten wypłacił pieniądze mimo sprzeciwu generalnego wykonawcy, który informował, że ma zastrzeżenia do wykonanej pracy. Potem zaś potrącił wypłaconą kwotę z wynagrodzenia generalnego wykonawcy. W opublikowanym właśnie wyroku Sąd Okręgowy w Olsztynie uznał, że nie miał do tego prawa. Teraz inwestor musi zapłacić po raz drugi – generalnemu wykonawcy.

– Wyrok pokazuje, że bezpośrednia zapłata na rzecz podwykonawcy nie powinna przez zamawiających być traktowana jako ścieżka oznaczona wielkim neonem „wyjście bezpieczeństwa”. Dokonanie takiej płatności ze skutkiem zwolnienia z zobowiązania wobec wykonawcy może nastąpić tylko na warunkach określonych przepisami. Dziwi entuzjazm, z jakim zamawiający podszedł w tej sprawie do wykonania przelewu na konto podwykonawcy. Bezpieczniejszym i często stosowanym rozwiązaniem jest złożenie spornej kwoty do depozytu sądowego – komentuje Łukasz Mróz, radca prawny specjalizujący się w doradzaniu firmom budowlanym.

Wstrzymana płatność

Podwykonawca przy tej inwestycji wykonywał znaczącą część prac. Wyceniono je na 140 tys. zł, czyli ponad połowę całego wynagrodzenia. Wbrew obowiązkowi wynikającemu zarówno z ustawy p.z.p., jak i postanowień umowy, początkowo nie został on zgłoszony zamawiającemu. Nastąpiło to dopiero pod koniec robót, ale inwestor zaakceptował podwykonawcę.

Generalny wykonawca nie był do końca zadowolony z robót wykonywanych przez zatrudnionego przez siebie kontrahenta. Chodziło nie tylko o opóźnienia, ale także o brak reakcji na zauważone błędy. Ostatecznie kontakt między przedsiębiorcami się urwał – podwykonawca nie odpowiadał na e-maile, nie odbierał telefonów. Część prac, których początkowo się podjął, musiała wykonać inna firma.

Z tego też powodu generalny wykonawca zamierzał zmniejszyć mu wynagrodzenie i zażądać kar umownych. Zaraz po odbiorze robót podwykonawca wystawił fakturę i natychmiast wystąpił do zamawiającego z wnioskiem o bezpośrednią płatność.

W tej sytuacji 9 lipca 2018 r. zamawiający poinformował wykonawcę, że wstrzymuje mu płatność z powodu braku rozliczenia podwykonawcy. Wykonawca w odpowiedzi przesłanej 17 lipca 2018 r. zakomunikował, że w dacie wymagalności faktura wystawiona przez podwykonawcę zostanie przez niego uregulowana. Jednocześnie zgłosił zastrzeżenia co do bezpośredniej płatności, zwracając uwagę na to, że podwykonawca nie wykonał części zleconych mu robót, nie usunął wad i miał opóźnienia.

Mimo tych zastrzeżeń 20 lipca 2018 r. zamawiający przelał 140 tys. zł na rzecz podwykonawcy. Jak później tłumaczył przed sądem, „za wszelką cenę chciał, żeby wykonawca dogadał się z podwykonawcą i żeby nie angażował zamawiającego we wzajemne rozliczenia”. Wspomniane 140 tys. zł zostało potrącone z wynagrodzenia wykonawcy. Ten złożył pozew i przed sądem domagał się pełnej zapłaty.

Nikt się nie uchylał

Kluczowe dla rozstrzygnięcia tego sporu były postanowienia zawarte w umowie. Powtarzały one w zasadzie treść art. 143c ustawy p.z.p., zgodnie z którym zamawiający dokonuje bezpośredniej zapłaty wymagalnego wynagrodzenia przysługującego podwykonawcy, który zawarł zaakceptowaną przez niego umowę o podwykonawstwo, w przypadku uchylenia się od obowiązku zapłaty przez wykonawcę. Sąd podkreślił, że jednym z warunków bezpośredniej zapłaty na rzecz podwykonawcy jest uchylanie się od niej przez wykonawcę. W tej sprawie zaś do tego nie doszło.

Zdaniem sądu świadczyły o tym trzy fakty. Po pierwsze podwykonawca wystawił fakturę 2 lipca 2018 r., a jej płatność upływała dopiero 1 sierpnia 2018 r. Tymczasem inwestor przelał pieniądze już 20 lipca 2018 r. Po drugie – wykonawca zastrzegł, że w dacie wymagalności faktura zostanie opłacona. Po trzecie zaś, w trybie art. 143c ust. 4 ustawy p.z.p., zgłosił zastrzeżenia co do zasadności bezpośredniej płatności, kwestionując terminowość i jakość wykonanych robót.

„Budzi uzasadnione wątpliwości, dlaczego zamawiający zdecydował się zapłacić wynagrodzenie bezpośrednio podwykonawcy już 20 lipca 2018 r., skoro wyznaczony przez podwykonawcę termin upływał 1 sierpnia 2018 r. (…) Dziwi też, dlaczego w sytuacji, w której wykonawca zgłosił zastrzeżenia co do zasadności bezpośredniej zapłaty wynagrodzenia podwykonawcy przez zamawiającego oraz co do wysokości należnej zapłaty, ten nie wstrzymał się z płatnością albo np. nie złożył kwoty potrzebnej na pokrycie wynagrodzenia podwykonawcy do depozytu sądowego, do czego przecież był uprawniony po myśli art. 143c ust. 5 ustawy p.z.p.” – zaznaczono w uzasadnieniu wyroku.

Istotna dla rozstrzygnięcia tej sprawy była jeszcze jedna okoliczność. Okazało się, że podwykonawca nigdy nie zgłosił wykonawcy żądania zapłaty wynagrodzenia. Po prostu wystawił fakturę, a następnie złożył wniosek do zamawiającego o bezpośrednią płatność.

„Skoro podwykonawca jednoznacznie zeznał (co nie było przedmiotem żadnych zastrzeżeń ze strony pozwanego), że nigdy nie zwracał się do wykonawcy o zapłatę należnego mu wynagrodzenia za wykonane prace (ponieważ stosowną fakturę skierował bezpośrednio do zamawiającego), to nie sposób przyjąć, aby wykonawca uchylał się, ani nawet by mógł się uchylić od zapłaty takiego wynagrodzenia” – podkreślił sąd.

Zgodnie z wyrokiem zamawiający musi zapłacić wykonawcy brakujące 140 tys. zł.

– Wyrok w tej sprawie może zadziałać jak pierwsza kostka domino. Jeżeli sprawa zakończy się prawomocnie, tak jak wskazuje wyrok sądu, okaże się, że podwykonawca uzyskał od zamawiającego zapłatę bez podstawy prawnej. Będzie musiał się więc liczyć z wystąpieniem przez zamawiającego o jej zwrot. Jednocześnie podwykonawca stanie przed perspektywą kroku, który nie interesował go szczególnie na etapie rozliczenia z zamawiającym, czyli wystąpienia o zapłatę do wykonawcy – zwraca uwagę Łukasz Mróz.

Najwięcej wydajemy na roboty budowlane

orzecznictwo

Wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie z 10 października 2019 r., sygn. akt V GC 3/19 www.serwisy.gazetaprawna.pl/orzeczenia

]]

Ciepłowniczy węzeł gordyjski. Bez wsparcia UE będzie trudno zmodernizować sieci

Nov 15 2019
<![CDATA[

Ale sygnał wysłany przez Komisję Europejską, która wszczęła postępowanie wyjaśniające w sprawie dofinansowania z unijnych środków modernizacji przestarzałych sieci ciepłowniczych na Podkarpaciu, jest jasny – tego typu wsparcie raczej nie będzie mogą być kontynuowane.

Unia nie chce dokładać do czegoś, co wiąże się z nieefektywnym systemem produkcji ciepła. Nie chce dofinansowywać inwestycji, które jedynie poprawiają lub rozbudowują sieć opartą na węglu. Tyle tylko, że w Polsce bez takich działań (remontów starych, nieszczelnych rur ciepłowniczych) nie bardzo będzie możliwe przejście na efektywny system ogrzewania.

– Nawet jeśli chcielibyśmy kiedyś zastąpić węgiel dużo droższym gazem, to najpierw konieczna jest modernizacja sieci. W innym przypadku okaże się to nieopłacalne – tłumaczy nam prezes spółdzielni mieszkaniowej w Lesku, której projekt zakwestionowała KE (wraz z projektami czterech innych podmiotów w tego regionu Polski). Podobnie uważa Zdzisław Duliban, prezes PEC w Ropczycach. – Najpierw trzeba ograniczyć straty cieplne, potem inwestować w źródło ciepła – mówi.

Ale nie tylko o remonty idzie. Konieczna jest również rozbudowa sieci i podłączanie do niej kolejnych domów, zwłaszcza tych, w których dziś korzysta się z kotłów niskiej jakości. Inaczej smog nadal będzie dusił mieszkańców. Dopiero potem można myśleć o zastąpieniu węgla czystymi formami ogrzewania. Bez unijnych pieniędzy i wsparcia rządu wszystko to będzie trudno zrobić, bo są to koszty ogromne. Dlatego branża apeluje o przyjęcie krajowej polityki ciepłowniczej oraz narzędzi, które pozwolą finansować inwestycje. Nadzieją jest też zapowiadany Fundusz Sprawiedliwej Transformacji

TO TYLKO  FRAGMENT ARTYKUŁU. CAŁOŚĆ PRZECZYTASZ W "TYGODNIU GAZETY PRAWNEJ" >>>>

]]

Za wywóz śmieci w Warszawie zapłacimy dwa razy więcej. Znamy nowe stawki

Nov 14 2019
<![CDATA[

"Bomba atomowa" - tak o zmianach w projekcie uchwały podnoszącej stawki opłat za odpady mówili nam nieoficjalnie przedstawiciele ratusza. I to jeszcze w zeszłym miesiącu, bo o tym, że wpłaty od mieszkańców nie wystarczają, by zbilansować coraz droższy system, wiadomo było od dawna.

Dziś projekt uchwały trafił w ręce radnych, którzy zarzekają się, że wcześniej dokumentu nie dostali, co jest - jak mówią - "niecodzienną sytuacją". Jeżeli radni przyjmą projekt na najbliższej sesji, która jest zaplanowana na 28 listopada, to za śmieci przyjdzie nam płacić więcej od lutego.

Jakiego rzędu będą to podwyżki? Trudno to jeszcze oszacować, bo stołeczny rynek jest podzielony między pięć firm, które odpowiadają za dziewięć sektorów (tzw. zadań).

Ze wstępnych wyliczeń Ratusza wynika jednak, że rodzina 4-osobowa mieszkająca w mieszkaniu o powierzchni od 40 do 79 m. kw. zapłaci od 48 do 88,7 zł miesięcznie. Dzisiaj byłoby to 37 zł. Jeśli ta sama rodzina mieszkałaby w domu jednorodzinnym, ceny wzrosłyby z obecnych 60 do 94 zł.

Już nie pogłowne

Fundamentalną zmianą ma być sposób naliczania opłat. Wysokość stawki będzie uzależniona od powierzchni mieszkania, a nie od liczby mieszkańców.

Ratusz przedstawił 3 różne stawki, które miałyby być stosowane przy obliczaniu opłaty. Wynoszą kolejno 1,2 zł, 0,88 zł i 0,56 zł. W przypadku mieszkań poniżej 60 m. kw. obowiązywać będzie ta pierwsza. Każdy metr ponad ten próg, z górną granicą 120 m. będzie obciążony opłatą w wysokości 0,88 zł. Po przekroczeniu największego przewidzianego metrażu, zastosowanie będzie miała (dla części powyżej 120 m.kw.) najniższa stawka.

Takie rozwiązanie, jak przekonywał dzisiaj wiceprezydent Michał Olszewski, jest oparte na statystycznych wyliczeniach GUS i ewidencji ludności. Zaznacza też, że to punkt wyjścia dla radnych, którzy podejmą ostateczną decyzję. Degresywne opłaty mają odzwierciedlać sytuację, która panuje na rynku i zapewnić możliwie najbardziej sprawiedliwy podział opłat. Minusem tego rozwiązania może być jednak nieproporcjonalnie wysoka opłata dla emerytów, lub osób mieszkających samotnie w większych mieszkaniach.

Wychodząc im naprzeciw Ratusz zapowiada uruchomienie programu osłonowego, który miałby ulżyć mieszkańcom dotkniętym przez podwyżki. Otrzymywaliby oni dotacje celowe wypłacane w ramach specjalnego funduszu. Co ważne rozwiązanie to miałoby nie być uzależnione bezpośrednio od dochodów. - Próg dochodowy nie może być jedynym kryterium, bo nierzadkie są sytuacje, gdy osoba starsza otrzymuje emeryturę powyżej ustawowych wytycznych, np. 1200 zł, ale 800 wydaje na leki i leczenie - wyjaśnił Michał Olszewski. Dodał, że o przyznaniu wsparcia będą decydowali pracownicy urzędu, a każdą decyzję poprzedzać będzie musiał wywiad środowiskowy. - Mieszkańcy sami będą się również musieli zgłosić o wsparcie, bo ratusz nie może interweniować w takich sprawach a priori - podkreślił wiceprezydent.

Gorzkie lekarstwo rządu

Samorządowcy z Warszawy nie zostawili suchej nitki na ostatnich działań resortu środowiska.

jak podał wiceprezydent na skutek reform w 2015 r. koszt zagospodarowania 1 tony odpadów wynosił dla Warszawy 293 zł. W przyszłym roku będzie to już 493 zł, a w przyszłym ponad 816 zł. Równie skokowo rosły ceny za sam odbiór odpadów: ze 122 zł w 2015 r. do 527 w przyszłym.

Wymieniono 6 głównych powodów,które przyczyniły się do radykalnych podwyżek. Są to: wzrost cen prądu (o 68 proc.), płacy minimalnej (21,6 proc.), paliwa (40 proc.), opłat środowiskowych (1000 proc.). Do tego dochodzą problemy ze sprzedażą surowców wtórnych, na które nie ma popytu na rynku, a także obowiązek częstszych odbiorów odpadów z nieruchomości, co jest bezpośrednią konsekwencją przestawienia się z systemu 3-kubłowego na 5-pojemnikowy.

- Ministerstwo Środowiska przekonuje, że gminy mogą bilansować system z opłat pozyskanych ze sprzedaży wysegregowanych surowców. Ale to mrzonka. Dziś popyt na nie jest znikomy. O ile w poprzednich latach samorząd mógł swobodnie sprzedać folię w cenie nawet 240 zł za tonę, tak teraz trzeba dopłacać, by ktokolwiek chciał ją odebrać i zagospodarować - wyjaśnił wiceprezydent.

Zwrócono też uwagę na problem z nieruchomościami niezamieszkałymi (takimi jak biurowce, galerie, placówki handlowe), które na skutek ostatniej reformy mają preferencyjne i zdecydowanie - w opinii samorządowców - zaniżone stawki opłat. W przeciwieństwie do mieszkańców, takie placówki rozliczają się bowiem od każdego kontenera, a nie w ryczałcie. Jak wskazał Olszewski o ile w 2015 r. ponad 30 kosztów systemu odpadowego w stolicy pokrywały firmy (a było to przy średniej cenie 16,3 zł od osoby), tak w 2020 r. będą one odpowiadały za jedynie 14 proc. kosztów (przy opłatach ok. 43,3 zł od mieszkańców).

Sęk w tym, że maksymalne kwoty za kubły są samorządom narzucone z góry. Są one jednak nieporównywanie niskie w stosunku do rosnących kosztów zagospodarowania odpadów. - Rząd doprowadził do sytuacji, w której to mieszkańcy zrzucą się za odpady produkowane w biurach i galeriach handlowych - skonkludował Olszewski.

Wieloletnie zaniedbania

W ocenie ekspertów, nie tylko rząd jest winny sytuacji na rynku, bo i Warszawa nie uniknęła strategicznych błędów, które nawarstwiają się od lat. Przykładem może być wieloletnie zamieszanie i impas inwestycyjny wokół spalarni odpadów, która miała powstać lata temu, a wciąż nie może powstać. Byłaby to największa taka inwestycją w Polsce, zdolną przerobić ponad 300 tys. ton odpadów rocznie, czyli nieco mniej niż połowę wszystkich produkowanych przez warszawiaków (szacowane na 700 tys. ton rocznie). Zdaniem ekspertów uruchomienie instalacji mogłoby pozytywnie wpłynąć na ceny.

Symptom choroby

Przykład Warszawy, choć głośny medialnie, nie jest wyjątkiem na ciągle powiększającej się liczbie miast i samorządów, które mierzą się właśnie ze skutkami reform i podnoszą opłaty. Fala podwyżek przetacza się przez cały kraj. Wzrost planuje Przemyśl, Sanok, Łódź. Problemy z odpadami ma Rzeszów. W Małopolsce ceny za odpady segregowane sięgają 25-30 zł i zbliżają się do maksymalnych dopuszczalnych określonych w ustawie (ok. 32 zł).

Jest to drugi tak radykalny wzrost w tym roku. Pierwszy obserwowaliśmy jeszcze w styczniu-lutym, gdy w życie wchodziły przepisy nowelizacji ustawy odpadowej, która była odpowiedzią rządu na czarną serię ponad 100 pożarów sortowni i magazynów, gdzie przetrzymywane były odpady. Resort środowiska przykręcił wtedy śrubę przedsiębiorcom i wprowadził serię restrykcyjnych wymogów, takich jak obowiązek instalowania monitoringu, czy wpłacania kaucji gwarancyjnych na wypadek pożaru. Zaostrzono wtedy też kary za wykroczenia, wyposażono inspekcję ochrony środowiska w nowe uprawnienia (np. kontrole bez obowiązku wcześniejszego zawiadamiania).

Wszystko to miało ukrócić działania tzw. mafii śmieciowej, czyli nieuczciwych podmiotów, którym bardziej opłacało się odebrać odpady, a następnie porzucić je w rowie, lub "przypadkowo" podpalić, by nie musieć później płacić za ich zagospodarowanie. A to stało się dużo bardziej kosztowne z powodu wzrostu tzw. opłaty marszałkowskiej, czyli - w skrócie - ekopodatku za degradację środowiska naturalnego, które traci z powodu hałd śmieci zalegających na wysypiskach. Wzrost opłaty z kilkudziesięciu do ponad 270 zł w przyszłym roku jest radykalny, ale rząd tłumaczył go wymogami unijnymi, która dąży do przestawienia gospodarki komunalnej na takie tory, gdzie składowanie odpadów na hałdach jest minimalne. Temu miał służyć bat w postaci wyższych opłat.

Efekt tych reform okazał się jednak dość umiarkowany. Choć eksperci z Krajowej Izby Gospodarczej zauważają poprawę w kwestii szarej strefy, to wiele uczciwych firm dostało też rykoszetem i poniosło wysokie koszty dostosowania się do nowych wymogów. A nieuczciwa konkurencja, która działa na bakier z przepisami, nic sobie z ostrzejszych regulacji nie robiła.

Obecna fala to drugi już tak radykalny wzrost. Tym razem, w ocenie ekspertów, wynika on z ostatniej nowelizacji innej kluczowej dla rynku ustawy, czyli ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Miała ona wyposażyć samorządy w narzędzia, by poprawić wskaźniki recyklingu do poziomów wymaganych przez UE (50 proc. w 2020 r., my mamy ok. 27 proc.), a także - nomen omen - zatamować podwyżkę cen. Kluczowym narzędziem miało być uwolnienie rynku i zniesienie podziału na regiony, w których sortownie miały zagwarantowane strumień odpadów (gminy były do nich przypisane przez marszałków województw, po zaopiniowaniu przez ministra środowiska). Resort przekonywał, że pozwoli to ukrócić monopole na rynku, czyli praktyki, gdy instalacje - mając pewność, że dostaną odpady od przypisanych im gmin - mogły dyktować ceny.

Pierwszy bilans reformy jest taki, że na rynku zamiast nowego rozdania, mamy co najwyżej przetasowanie. Zakłady do przetwarzania odpadów, które mają duże moce przerobowe mogą teraz przyjmować odpady nie od lokalnych gmin (jak do tej pory), tylko mogą otworzyć bramy dla śmieci z zupełnie innych województw. Szybko okazało się, że na uwolnionym rynku niektóre bogate samorządy są w stanie płacić dużo więcej, a ich śmieci wypierają odpady produkowane lokalnie. Ceny rosną drastycznie, bo firmy mogą przebierać w ofertach.

]]

UOKiK: Rekordowa kara ok. 50 mln zł za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów

Nov 14 2019
<![CDATA[

Jak wskazał UOKiK w czwartkowym komunikacie, firma Yetico z Olsztyna to producent wyrobów budowlanych, głównie płyt styropianowych, które służą do ocieplania budynków.

W latach 2014-2016 organy nadzoru budowlanego przeprowadzały kontrole, które wykazały, że niektóre wyroby tej firmy mają gorsze właściwości niż deklarował producent. Najwięcej nieprawidłowości dotyczyło czterech rodzajów płyt styropianowych. Podano, że płyty Alfa Fasada i Gamma Passive Fasada miały "niższe poziomy wytrzymałości na rozciąganie prostopadłe do powierzchni czołowych", niż wynikało z informacji Yetico, przez co mogły być mniej trwałe. Z kolei Aqua EPS-P 120 okazał się mniej odporny niż zapewniał producent na "naprężenie ściskające", co jest szczególnie ważne dla takich powierzchni jak dachy czy podłogi. Natomiast Beta Fasada miał wyższy współczynnik przewodzenia ciepła, co oznacza szybszą jego utratę - wskazano.

"Za stosowanie nieuczciwych praktyk rynkowych polegających na wprowadzaniu konsumentów w błąd co do parametrów czterech rodzajów płyt styropianowych UOKiK nałożył na Yetico prawie 50 mln zł kary (49 745 460 zł). To najwyższa w historii urzędu sankcja za naruszanie zbiorowych interesów konsumentów" - czytamy w komunikacie. Dodano, że decyzja nie jest prawomocna, bo Yetico odwołało się do sądu. Po uprawomocnieniu decyzja stanie się "prejudykatem, co ułatwi konsumentom dochodzenie ewentualnych roszczeń w sądach" - wskazał UOKIK.

"Sporadycznie interweniujemy na rynku materiałów budowlanych, który podlega nadzorowi wyspecjalizowanych organów. Wszczęliśmy postępowanie, bo skala wykrytych nieprawidłowości była bardzo duża, a Yetico wprowadzało na rynek kolejne partie o niewłaściwych parametrach" - powiedział, cytowany w komunikacie prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Marek Niechciał.

Dodał, że takie działania uderzały w konsumentów - nieprawdziwe informacje o istotnych parametrach płyt styropianowych mogły narazić osoby, które ocieplały swoje domy, na konkretne straty, np. wysokie rachunki za ogrzewanie czy koszty demontażu wadliwego produktu.

Nieprawdziwe informacje o cechach płyt styropianowych, jak podał UOKiK, znalazły się w sporządzonych przez Yetico deklaracjach właściwości użytkowych. Konsumenci mogli je zobaczyć także m.in. na opakowaniach produktów, na stronie producenta czy w materiałach reklamowych.

Eksperci UOKiK radzą, by klienci przed kupnem wyrobów budowlanych sprawdzali, czy na produkcie znajduje się oznakowanie CE lub znak budowlany. "Poprzez umieszczenie oznakowania, producent wskazuje, że bierze na siebie odpowiedzialność za zgodność wyrobu budowlanego z deklarowanymi właściwościami użytkowymi" - podkreślili. Powinni też pytać o tzw. deklarację właściwości użytkowych, czyli oświadczenie producenta, że wyrób faktycznie posiada właściwości określone w tym dokumencie. "Producent ma obowiązek zapewnić, aby jej kopia – w formie papierowej albo przesyłana drogą elektroniczną - była dostarczana z każdym udostępnianym wyrobem" - wskazano.

UOKiK zachęca też, by sprawdzać stronę Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego, który publikuje wyniki badań próbek wyrobów budowlanych (https://www.gunb.gov.pl/probki), a także Krajowego Wykazu Zakwestionowanych Wyrobów Budowlanych, prowadzonego przez GUNB (https://www.gunb.gov.pl/strona/czesc-2). "Jeśli kupiłeś wadliwy produkt, złóż reklamację u sprzedawcy. Masz na to 2 lata od daty zakupu. Możesz żądać naprawy, wymiany, obniżenia ceny, a nawet zwrotu całej wpłaconej kwoty" - przypomniano.

]]

Biznes przeciwny procedowaniu ustawy o zniesieniu górnego limitu składek ZUS

Nov 14 2019
<![CDATA[

Proponowana zmiana oznacza obniżenie wynagrodzeń netto pracowników do 10% i drastyczny wzrost kosztów pracy nawet do 15%.

„Od pół roku apelujemy o rozmowy i konsultacje na temat zmian w limicie składek ZUS. Złożenie poselskiego projektu ustawy o zniesieniu górnego limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w ostatniej chwili jest lekceważeniem tak istotnej kwestii jak system ubezpieczeń społecznych.

Dlatego apelujemy o nie procedowanie projektu tej ustawy. W zamian, ponownie zwracamy się o zorganizowanie okrągłego stołu pracodawców i związków zawodowych z rządem w celu wypracowania wspólnych rozwiązań najlepszych dla konkurencyjności polskiej gospodarki i rynku pracy. Wprowadzanie regulacji na koniec roku pogłębi brak stabilności warunków gospodarczych i zahamuje inwestycje. W świetle zapowiadanego spowolnienia gospodarczego to może być fatalna w skutkach decyzja. ”- Jolanta Jaworska, Wiceprezes ABSL.

]]